Kierunek Taury - Część 1

Nie jestem ultraską. Podziwiam osoby, które potrafią jechać dwie doby bez przerwy, pokonując tysiące kilometrów w zaledwie kilka dni. Podziwiam tych, którzy mają siłę woli, by przetrwać takie niewygody, które ja mogę sobie jedynie wyobrazić. Tych, którzy jadą mimo braku snu, ciepłego posiłku, przez noc i w ulewnym deszczu.
W sercu jestem zawodniczką. Moje ulubione dystanse to takie, które trwają od dwóch do sześciu godzin i są pełne przewyższeń. Potrafię przetrwać ostry ból atakując podjazd "zapierający dech w piersiach", albo w trakcie sprintu pod małe wzniesienie. Potrafię sięgnąć głęboko w otchłań cierpienia, wspinając się na ogromne przełęcze w sweet spocie lub w progu, próbując przechytrzyć kurczące się zapasy glikogenu tylko po to, by urwać minutę na dwugodzinnym podjeździe. Potrafię wytrzymać agonię balansowania na krawędzi bomby.
Ale nie potrafię znieść długich, monotonnych przelotów po płaskim, gdy trzeba zwolnić, żeby oszczędzać energię, zamiast dokręcać tempo. Nie potrafię znieść wielogodzinnych dni czy nocy w siodle, kiedy tak naprawdę marzę tylko o solidnym posiłku i wyciągnięciu nóg po brutalnie intensywnym dniu.
Nie jestem ultraską. W sercu jestem zawodniczką. I dzięki tej wyprawie, choć dystanse były dalekie od ultra, przypomniałam sobie dlaczego.
Wstęp
Na pomysł, by wjechać rowerem na Großglockner Hochalpenstraße wpadłam w zimie 2022. Po tym, jak zakochałam się w Alpach podczas mojej pierwszej, krótkiej wizyty, zaczęłam szukać pomysłów na wakacje. Praga wydawała się mieć dobre połączenie kolejowe z Zell am See, które leży u wylotu doliny prowadzącej na zbocza Edelweißspitze. Ale wtedy jeszcze nie miałam w sobie ani pewności, ani siły woli, by podróżować samotnie, a po przeprowadzce nie znałam nikogo, z kim mogłabym jechać na urlop w Alpy. Ponieważ Praga nie leżała też bezpośrednio na trasie między Krakowem a Austrią, nie udało mi się też namówić nikogo z dawnych kolarskich znajomych na wspólny wyjazd.
Dlatego gdy we Francji udowodniłam sobie, na co mnie stać, a kolejny wyjazd do Włoch musiałam przełoyć na przyszłość, znów zaczęłam przyglądać się Austrii. Latwy dojazd pociągiem i tanie bilety ułatwiły decyzję. Wybór dat też nie był trudny: po prostu wybrałam dni z najtańszymi biletami. Dało mi to pięć dni pomiędzy barbarzyńsko wczesnym przyjazdem do Innsbrucka a porannym powrotem z Wiednia. Wyznaczyłam trasę, a potem jak zawsze zaczęłam ją modyfikować. Gdy byłam wreszcie zadowolona z planu, wpadłam na świetny pomysł. Skoro będę w drodze tylko przez cztery noce, to zrezygnuję z namiotu i zarezerwuję noclegi pod dachem. Jasne, wyjdzie trochę drożej, ale przy tak krótkim wyjeździe mogłam sobie na to pozwolić, Dzięki temu nie musiałam zabierać namiotu, śpiwora ani maty, co pozwoliło mi zmniejszyć bagaż z planowanych 7 kg do zaledwie 4!
Znalezienie przystępnych cenowo noclegów w Wysokich Taurach okazało się banalnie proste, ale im bliżej Wiednia, tym robiło się trudniej. W końcu udało mi się zarezerwować kilka miejsc nieco poza pierwotnie zaplanowaną trasą, co oczywiście pociągnęło za sobą kolejny replanning. Po kilku godzinach twardych negocjacji z Komootem wreszcie udało mi się ustalić ostateczny plan. Miał tylko jeden problem: przez ograniczoną liczbę dostępnych miejsc noclegowych właściwie niemożliwe było równe podzielenie ostatnich dwóch dni. W rezultacie dzień 4 miał mieć aż 180 km, a ostatni—skromne 100.
Gdy bilety kolejowe były już kupione, noclegi zarezerwowane, trasa wyznaczona, a każdy element bagażu zaplanowany i skrupulatnie zważony, pozostało mi tylko czekać.


Dwa dni przed wyjazdem byłam już prawie spakowana i gotowa do drogi. Wszystko poza elektroniką było przygotowane i schowane w torbie podsiodłowej. Jeden problem z głowy. Mimo to zaczęłam odczuwać niepokój. Coś w rodzaju Reisefieber, ale znacznie silniejsze i bardziej przytłaczające. Bałam się.
Bałam się celu, który sama sobie wyznaczyłam. Chciałam przejechać prawie 800 km i pokonać 14 000 metrów przewyższenia w zaledwie cztery i pół dnia, bez ani jednego dnia odpoczynku. Bałam się, że nie dam rady. Rozmawiałam o tym ze znajomym, który próbował mnie pocieszyć: „Gdybyś się nie bała, to znaczyłoby, że twój cel jest za łatwy.” Ale to nie pomogło. Prawda była taka, że byłam przerażona.
Ale trasa była zaplanowana. Noclegi zarezerwowane. „Jeśli się czegoś boisz, rób to bojąc się”, pomyślałam. Dwie godziny przed wyjazdem jeszcze raz sprawdziłam listę rzeczy, przypięłam torby do roweru, założyłam sukienkę — jedyny niekolarski ciuch, jaki miałam ze sobą — i ruszyłam na dworzec. W stronę przygody.


Day 1 - Z Innsbrucka do Mittersill
Noc nie należała do szczególnie spokojnych. Jechałam nocnym pociągiem z Wiednia do Innsbrucka. Mój współpasażer, raczej postawnej postury, wylewał się na moje siedzenie, zostawiając mnie przyciśniętą do okna. Spałam lekko, często się budząc. Gdy więc zauważyłam, że pociąg wjeżdża na stację ponad 40 minut przed planowanym przyjazdem, na długo przed pierwszym budzikiem, zaspanym wzrokiem spojrzałam przez okno, żeby sprawdzić nazwę stacji i ocenić, jak daleko jeszcze mam.
Ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu, na tablicy widniał napis Innsbruck Hauptbahnhof.
Obudziłam współpasażera żeby przygotować się do wyjścia. W chwili, gdy zobaczył nazwę stacji, zerwał się na równe nogi i wybiegł z pociągu jakby goniło go stado niedźwiedzi. Nie zdążyłam mu nawet powiedzieć, że pociąg nie ruszy przez kolejne 30 minut albo dłużej…
Mając sporo czasu, postanowiłam skorzystać z toalety w pociągu, żeby się odświeżyć przed dniem pełnym jazdy. Umyłam twarz, zęby, przebrałam się z sukienki w strój kolarski. Wysiadłam, wciągnęłam głęboki haust rześkiego alpejskiego powietrza i poszłam do budynku dworca w poszukiwaniu otwartej kawiarni. Na szczęście, mimo 5 rano, jedna była już otwarta, więc wkrótce delektowałam się świeżo parzoną kawą i dwoma rogalikami.
Ale w końcu nadszedł czas, by ruszyć w drogę. Sprawdziłam, czy torby są dobrze przypięte, włączyłam Bolta… i wtedy zorientowałam się, że mimo dokładnego zaplanowania każdego szczegółu wyjazdu, zapomniałam pobrać mapy. Bezskutecznie próbowałam połączyć się z miejskim Wi-Fi. W końcu dałam za wygraną i postanowiłam po prostu jechać po załadowanym wcześniej śladzie, a mapami zająć się dopiero po dotarciu na nocleg.

Podążając za strzałkami na pustym ekranie, zaczęłam leniwie toczyć się ku obrzeżom miasta i pierwszemu podjazdowi dnia. Innsbruck wciąż jeszcze spał — tylko nieliczni przemykali przez złote promienie porannego słońca. Spomiędzy budynków łapałam pierwsze nieśmiałe spojrzenia na góry panujące nad miastem.
Wtedy w oddali zauważyłam skocznię narciarską Bergisel. Zupełnie o niej zapomniałam! Gdy zobaczyłam, jak niedaleko jest, postanowiłam podjechać zerknąć na nią z bliska. Nie podjechałam jednak pod samą wieżę. Wiedząc, że przede mną długi dzień, nie chciałam tracić zbyt wiele czasu. Pojechałam tylko do miejsca, z którego dobrze było widać konstrukcję, i po krótkiej pauzie wróciłam na mój pierwotny track.
Pierwszy podjazd zaczęłam gdy świat dopiero się budził. Miękkie promienie słońca muskały asfalt, trawę i szczyty gór. Ptaki śpiewały swoje radosne pieśni, a ja byłam już wystarczająco rozgrzana, by zdjąć kurtkę i jechać na krótko. Pierwsza sztajfa doprowadziła mnie do drogi, którą dobrze znałam ze Zwifta: dolnej części Innsbruck KOM. Zabawnym jest, jak droga w prawdziwym świecie wydawała się identyczna, a jednocześnie całkiem inna.
Nie jechałam jednak całego KOM-a. Zamiast tego, w pierwszej wiosce — Aldrans — odbiłam w lewo, w boczne drogi wijące się wśród gospodarstw i pól.

Planowanie wypraw i rysowanie tras to mój Gwint w grze rowerowej. Mam znacznie więcej pomysłów, niż kiedykolwiek zdołam przejechać. Kiedy nie jestem na rowerze, potrafię spędzić godziny przed ekranem, szkicując kolejne trasy. Jedna rzecz, w której mam wprawę i która wyjątkowo dobrze mi wychodzi, to znajdowanie tych małych dróg, ukrytych perełek, z dala od zgiełku głównych tras czy popularnych szlaków. Czasem są trudniej dostępne, z nierówną nawierzchnią, która pamięta lepsze czasy. Niektóre są bardziej odludne lub wymagają większego wysiłku, by do nich dotrzeć. Ale spokój, jaki oferują, prawie zawsze jest tego wart. Nagrodą są widoki znacznie bardziej urzekające niż jakakolwiek ścieżka rowerowa wiodąca dnem doliny. Zatrzymujesz się na środku drogi, wdychasz świeże poranne powietrze z delikatną nutą odległego obornika i chłoniesz majestatyczny widok doliny, w towarzystwie śpiewu ptaków i ciszy krajobrazu. Nasycasz się tą chwilą, delektujesz się nią, wiedząc, że znów udało Ci się znaleźć drogę, która jest diamentem pośród cyrkonii.

W pierwsza części dnia była jechałam maleńkimi dolinkami porozrzucanymi wzdłuż doliny walnej. Strome, ale krótkie podjazdy przeplatały się z szybkimi, mroźnymi zjazdami. Czas mijał mi błyskawicznie — już po półtorej godziny wjechałam na ścieżkę biegnącą wzdłuż rzeki w dolinie Inn. Kręciłam leniwie, ale dzięki płaskiej drodze i delikatnemu wiatrowi w plecy kilometry znikały w oczach. Wraz z upływem poranka na ścieżce zaczęło pojawiać się coraz więcej rowerzystów. W końcu nadszedł moment, by odbić w prawo, w dolinę Ziller. Tu pojawiły się pierwsze widoki prawdziwie wysokogórskich szczytów w oddali.

Ścieżka rowerowa prowadziła przez pola i wzdłuż rzeki. Dolina Ziller sprawia zdecydowanie mniej zurbanizowane wrażenie niż dolina Inn. Słońce wspięło się już wyżej na bezchmurnym niebie - było przyjemnie ciepło, choć jeszcze nie upalnie. Po przejechaniu nieco ponad 60 kilometrów zatrzymałam się na maleńkiej stacji benzynowej, żeby uzupełnić bidony, a potem zaczęłam pierwszy prawdziwy podjazd tej wyprawy.

Droga, w którą miałam skręcić — Zillertaler Höhenstraße — była stosunkowo późnym dodatkiem do całej wyprawy. To jedna z wysokogórskich tras widokowych: płatna dla pojazdów silnikowych, utrzymywana bardziej jako atrakcja turystyczna niż środek transportu. Kiedy miałam już wstępny zarys trasy, nie byłam zadowolona z tego, jak mało przewyższenia zaplanowałam na pierwszy dzień — zwłaszcza biorąc pod uwagę całkowity dystans. Wtedy w Komoocie zauważyłam highlight opatrzony kuszącą serią zdjęć. „Znalazłam swoje przewyższenie!” pomyślałam. Na ekranie wyglądało stromo, ale stwierdziłam, że dam radę. Zawsze daję.
Droga do Zirmstadl zaczyna się w Kaltenbach i od razu pnie się ostro w górę. Już po mniej niż 500 metrach nachylenie sięga 9% — i nie odpuszcza już ani na moment. Kolejne 10 kilometrów to brutalne 11,5%. Nic dziwnego, że moja prędkość poleciała na łeb, na szyję, a słońce wspinające się coraz wyżej zaczęło mnie porządnie rozgrzewać. Po piętnastu minutach zdjęłam rękawiczki. Chwilę później zaczęłam rozpinać koszulkę — najpierw nieśmiało, by po chwili rozpiąć ją całkowicie. Dwucyfrowe nachylenia, na stojąco, z rozwianą koszulką — to mój styl!


Gdy droga staje się brutalnie stroma, zwykle wstaję z siodła. Nie po to, by wygenerować więcej mocy — o nie! Wręcz przeciwnie. Jazda na stojąco, gdy droga ucieka ku niebu, pozwala mi obniżyć kadencję. Niższa kadencja przy zachowanym momencie obrotowym oznacza niższą moc. A wspomagając ruch korby ciężarem własnego ciała, mogę wygenerować tę samą moc przy mniejszym zaangażowaniu mięśni nóg. Nie muszę już z trudem przepychać korby przez martwy punkt, błyskawicznie paląc uda. Zamiast tego mogę utrzymać stosunkowo niską moc nawet na bardzo stromych drogach — i to przez dłuższy czas.
Nie zrozumcie mnie źle — to nie jest spacerek w parku. Nadal trzeba włożyć w pedały moc, która pcha rower do przodu. Trzeba też trzymać równowagę, tańcząc z rowerem w trakcie wspinaczki. Ten taniec — powolny walc na pedałach, a jednocześnie namiętne tango, które łączy cię z maszyną — to nie lada sztuka do opanowania. Ale gdy staje się Twoją drugą naturą, otwiera cały świat możliwości: niekończącą się listę ścian, które tylko czekają, by je zdobyć.
Podjazd wydawał się nie mieć końca — nieustępliwa ściana między 11 a 13%, przerywana jedynie „odpoczynkowymi” fragmentami, które i tak trzymały mocne 9–10%. Poruszałam się powoli, szybko jednak zdobywając wysokość. Od czasu do czasu zerkałam na wykres nachylenia na liczniku, na próżno wypatrując litościwego odcinka, na którym mogłabym odetchnąć.
Zaledwie dzień przed wyjazdem odkryłam nieco łatwiejszy wariant tego podjazdu. „Nieco” oznaczało, że miał oferować krótkie fragmenty łagodniejszych nachyleń — akurat tyle, by złapać oddech. Dopiero wieczorem, patrząc na ślad przejechanej trasy uświadomiłam sobie, że nowa wersja nigdy nie zsynchronizowała się z moim Wahoo, prowadząc mnie prosto w paszczę najstromszego możliwego wariantu.
Po około siedmiu z jedenastu kilometrów podjazdu postanowiłam zrobić przerwę. Przed wyjazdem obiecałam sobie, że nie ulegnę już temu małemu demonowi, który zawsze podpowiadał, żeby każdy podjazd robić bez zatrzymywania. Tym razem chciałam podejść do jazdy mniej “sportowo”: zatrzymywać się co jakiś czas, oszczędzać nogi i unikać całkowitego zajechania mięśni. Piłowanie sztajfy przez bitą godzinę non-stop nie do końca wpisywało się w ten plan.
Zatrzymałam się w ustronnym miejscu. Było około 10:30, i słońce było już wysoko, wykorzystałam więc okazję, żeby nałożyć krem z filtrem. Po około pięciu minutach nogi zaczęły się nieco regenerować. Wsiadłam z powrotem na rower i ruszyłam dalej, gotowa na kolejne, najbardziej strone, 3,5 kilometra.
Wraz ze wzrostem nastromienia zbliżała się górna granica lasu. Gdy drzewa zaczęły rzednąć, otworzyła się przede mną szeroka panorama — niczym nieprzysłonięta i spektakularna. Do tego momentu wyprzedziło mnie zaledwie kilka samochodów. Teraz sama zaczęłam mijać rowerzystów na rowerach MTB. Wciąż jednak ani śladu szosowców.

Wkrótce dotarłam do najwyższego punktu tej części podjazdu, a brutalne nachylenia wreszcie zaczęły łagodnieć. Zatrzymałam się przy jednym z „okien widokowych”, żeby nacieszyć się panoramą, zrobiłam kilka zdjęć, złapałam oddech i ruszyłam w krótki zjazd w stronę drugiej części Hochstraße. Nawierzchnia nie była idealna, ale wystarczająco dobra, żebym dogoniła kilka sportowych aut. Ku mojemu zdziwieniu, kierowcy grzecznie zjechali i mnie przepuścili — coś, co w moich okolicach raczej się nie zdarza.
Zjazd, jak zwykle, nie trwał długo. Wąska szosa znów zaczęła piąć się w górę, a wraz z nią zaczęły się problemy. Do tej pory co prawda udawało mi się trzymać niską moc, ale nawet przy wsparciu masy ciała, jazda na niskiej kadencji w końcu dała mi się we znaki. To nie był jednak ten rodzaj zmęczenia, które pali w płucach, ani bomba, którą czuć całym ciałem, ale głęboki, powolny ogień w nogach. Za każdym razem, gdy próbowałam wstać z siodła, nogi wrzeszczały w proteście.
Zmieniłam więc taktykę - droga węży. Zygzakując od lewej do prawej, powoli zdobywałam wysokość, czasem zatrzymując się na kilka sekund, żeby rozluźnić uda. Gdzieś w oddali, ciche i majestatyczne, majaczyły prawdziwe wysokie Alpy. Ich widok pchał mnie dalej.

To był bez wątpienia najbardziej malowniczy odcinek drogi. Wiła się przez otwarty teren, wśród łąk i pastwisk rozciągających się po obu stronach. Wspinała się w kierunku najwyższego punktu — około 2010 metrów nad poziomem morza. Kilka krótkich zjazdów i bardziej płaskich fragmentów dawało upragnioną chwilę wytchnienia. Ruch był już znacznie mniejszy niż wcześniej, ale pogorszyła się też jakość nawierzchni — asfalt zrobił się dziurawy, popękany i bardziej zużyty.
Daleko przede mną widziałam wąską wstęgę drogi, delikatnie przecinającą zbocze — cienką linię wpisaną w krajobraz. To był widok, dla którego warto było poświęcić tyle sił. Kolejny skarb znaleziony dzięki godzinom spędzonym na wpatrywaniu się w piksele i świecące na czerwono highlighty Komoota.

Widok podjazdu przed Tobą może być źródłem siły — albo krzykiem słabości. Czym innym jest wgapiać się w pomarańczowe i czerwone strzałki na mapie albo w profil podjazdu, a czym innym widzieć drogę na własne oczy — stromą, odległą, pozornie nie do zdobycia. Nogi pieką, mięśnie palą po dotychczasowej wspinaczce, a ty patrzysz na tę cienką linię wysoko nad głową i zastanawiasz się, jakim cudem masz tam dotrzeć.
A jednak coś się w tobie budzi. Jakaś część odmawia wycofania się. Wojowniczka szepcze: „Dziś się nie poddam.” Ciekawska część Ciebie pyta: „Co jest za tym zakrętem? A co kryje się za tamtym grzbietem?” Podróżniczka w tobie mówi po prostu: „Jeśli nie teraz, to kiedy?”
Jedziesz więc dalej. Metr po metrze koła toczą się po asfalcie. Pokonujesz kolejne metry przewyższenia, zmniejszając dystans między tym, gdzie jesteś, a tym, dokąd zmierzasz. A kiedy w końcu osiągasz grzbiet, góra ustępuje. Pokonałaś nie tylko podjazd. Pokonałaś zwątpienie, zmęczenie, i granice, które kiedyś wydawały się nieprzekraczalne.

Tuż przed osiągnięciem szczytu zjechałam na pobocze, niemal przytulając się do krzaków, przepuszczając dwa autokary. Odważni kierowcy, pomyślałam, biorąc pod uwagę jakość i stromiznę tej wąskiej, górskiej drogi. Kilka minut później dotarłam na szczyt, otwierający przede mną oszałamiającą panorama Alp Zillertalskich. Mimo gwaru turystów i szybowców krążących nad głową, miejsce emanowało idyllicznym spokojem. Zatrzymałam się na chwilę, nie mogąc oderwać wzroku od majestatycznych szczytów zamykających dolinę.
Ale czas, jak zawsze, poganiał. Po krótkiej przerwie ruszyłam w dół. Zjazd nie należał do szybkich — nawierzchnia pozostawiała wiele do życzenia, pełna pęknięć, dziur i agrafek. Jechałam ostrożnie i z większą rezerwą niż zazwyczaj. Pod koniec zjazdu dogoniłam ciężarówkę. Droga była niestety na tyle wąska, że z ograniczoną widocznością i autami jadącymi z naprzeciwka, nie miałam jak jej wyprzedzić. Musiałam wlec się się za nią, piłując hamulce aż do samego dna doliny.

Pół godziny później wjechałam do Zell am Ziller. Do mety zostało mi jeszcze 60 kilometrów, więc z razji wczesnej pory postanowiłam pozwolić sobie na przerwę. Chwilę wcześniej uzupełniłam bidony w przydrożnej fontannie, znalazłam więc małą kawiarnię, zamówiłam kawę, bezalkoholowe piwo, i chłonęłam atmosferę miasteczka. Temperatura zbliżyła się do 30°C. Moja ulubiona pogoda!
Po przerwie wsiadłam z powrotem na rower i ruszyłam w stronę Gerlos. Długi poranek spędzony na cichych drogach i ukrytych ścieżkach miałam już za sobą; teraz czekał mnie odcinek główną drogą. Ruch był na szczęście umiarkowany — nieliczne, jak na główną drogę, samochody i ciężarówki mknęły przed siebie. Jechało mi się komfortowo - kultura jazdy tutejszych kierowców była o kilka klas wyżej niż ta, do której przywykłam w Polsce — żadnego niebezpiecznego wyprzedzania, żadnej agresji. Niesamowita różnica.
Podjazd zaczął się niemal od razu, prowadząc serpentynami przez otwarty teren na zboczu doliny. W przeciwieństwie do brutalnej ściany z rana, stałe nachylenie 7% pozwoliło mi szybko wejść rytm, a znacznie wyższa kadencja oszczędzała nogi przed piekącym zmęczeniem, jakie niesie ze sobą wolne, siłowe przepychanie korb. Zaleta jazdy krajówką.
Słońce wspinało się coraz wyżej, a temperatura rosła, więc ponownie całkowicie rozpięłam koszulkę, pozwalając jej połom tańczyć na delikatnym wietrze, który delikatne mnie chłodził. Otwarte pola i porozrzucane domy ustępowały miejsca rzadkiemu lasowi, w którym wysokie drzewa rzucały plamy cienia na rozgrzany asfalt.

W mgnieniu oka przejechałam przez małą wioskę Gmünd, a chwilę później dotarłam do Gerlos — malowniczego miasteczka narciarskiego, pogrążonego w spokojnym, posezonowym letargu. Zatrzymałam się na chwilę przy fontannie, żeby uzupełnić bidony. Poza kilkoma osobami siedzącymi na tarasie kawiarni, miasteczko sprawiało wrażenie niemal opuszczonego.
Pojechałam dalej, zbliżając się do ostatniej części podjazdu. Droga prowadziła u stóp zapory, aby następnie niewielkimi zakosami wspiąć się w górę, aż na samą przełęcz Gerlos. Zrobiłam jeszcze jedną krótką przerwę, chłonąc widoki i śmiejąc się na widok upartego stada krów, które skutecznie blokowało drogę, jednocześnie wzbudzając radość wśród turystów, po czym ruszyłam w dół, rozpoczynając długi zjazd w dolinę.


Lecz zamiast krajówki znów wybrałam boczną drogę przez wioski. Wiedziałam, że co prawda nie zjadę tak szybko, jak główną trasą, ale nie dbałam o to. Jak dotąd każda taka mała, boczna droga okazywała się strzałem w 10. Przeżycia ponad prędkość — taki był vibe.
Droga była stroma, wąska i kręta, a jej nawierzchnia pełna pęknięć, łat i nierównego asfaltu. Kolejny ostrożny zjazd. Dzięki doświadczeniu i dobrej kontroli nad rowerem mogłam mimo wszystko czasem puścić hamulce i nieco się rozpędzić. Na moment oniemiałam z wrażenia (i lekkiego przerażenia), kiedy minął mnie busik straży pożarnej. Pewność siebie i, delikatnie mówiąc, brawura kierowcy były zaskakujące. Zapewne znał każdą nierówność tej drogi, ale bezpieczną jazdą bym tego nie nazwała.
Nagle usłyszałam stłumione bzyczenie, a sekundę później poczułam ostry, kłujący ból w czole. Pszczoła. „Świetnie,” pomyślałam. „Pierwszy dzień i zaraz wyląduję na pogotowiu.” Mocno chwyciłam za hamulce. Błyskawicznie zdjęłam kask i gorączkowo zaczęłam "czesać" włosy. Jednak nie znalazłam ani pszczoły, ani żądła. Ciągle czułam tylko lekki, ćmiący ból. „Może to wcale nie była pszczoła? Może tylko uderzenie innego owada, które poczułam jak ukłucie?” Trudno powiedzieć. Tak czy inaczej, niewiele mogłam z tym zrobić. Postanowiłam, że najlepiej będzie jak najszybciej zjechać do doliny. Nigdy nie miałam żadnych uczuleń poza pyłkami, jednak uważnie obserwowałam swoje ciało: zawroty głowy? Rozprzestrzeniający się ból? Nie. Tylko tępy, pulsujący ból. Pojechałam dalej, ostrożnie zjeżdżając w kierunku Wald im Pinzgau.

Stamtąd zostało mi już tylko około 25 kilometrów płaskiej drogi wzdłuż dna doliny. Wjechałam na Tauernradweg — kombinację małych dróg i wydzielonej ścieżki rowerowej. Trasa początkowo biegła wzdłuż lokalnej linii kolejowej łączącej Zell am See z Krimml, po czym odbiła nad rzekę. Jechałam bez pośpiechu — miałam dużo czasu. Oczywiście byłam też dobrze zmęczona. Po ponad 3500m podjazdów i niesamowitych widokach z wcześniejszej części dnia, te ostatnie 25 kilometrów, choć piękne, były bardzo nużące.

W końcu wytoczyłam się do Mittersill. Znalazłam przytulną restaurację na rynku i zamówiłam pizzę, potem zrobiłam małe zakupy. Z 170 kilometrami na liczniku dotarłam do noclegu. Prysznic, pranie (pro tip: jeśli bikepackujesz z rezerwowanymi noclegami, wyciśnij ubrania w ręcznik — działa cuda), i wreszcie… odpoczynek. Pierwszy dzień za mną. Epicki. A jutro droga znów miała piąć się w górę.

Day 2 - Z Mittersill do Spittal an der Drau
Obudziłam się wcześnie. Zbyt wcześnie, jak na mój gust. Szybko się ogarnęłam, chcąc wyjechać zaraz po śniadaniu. Dzień wcześniej wynegocjowałam z właścicielką noclegu, że przygotuje dla mnie śniadanie godzinę wcześniej, niż zazwyczaj, miałam więc dodatkową motywację, żeby wstać. Dodatkowo, na późne popołudnie zapowiadano przelotne opady w okolicach Spittal an der Drau, mojej planowanej mety. A że mam głęboko zakorzenioną, instynktowną nienawiść do jazdy w deszczu, byłam zdeterminowana, by ich za wszelką cenę uniknąć.
Głównym daniem dnia, celem, dla którego przyjechałam do Austrii, była Großglockner Hochalpenstraße. Zanim jednak mogłam wjechać na tą legendarną drogę, musiałam dotrzeć do Fusch, kontunuując jazdę tą samą trasą rowerową, co poprzedniego popołudnia. Ciche drogi, dolina powoli budząca się do życia i miękkie światło porannego słońca uprzyjemniały poranną "rozgrzewkę". Trasa była spokojna, przyjemna, niemal medytacyjna.


Po około 30 kilometrach dotarłam do Bruck, gdzie skręciłam w prawo, w dolinę prowadzącą ku Großglocknerowi. Droga zaczęła się delikatnie wznosić, ale wciąż pozostawała w kategorii „płasko”. Do Fusch dojechałam szybko, marząc o kawie i ciastku. Wypatrzyłam stację benzynową, lecz zajechawszy szybko zorientowałam się, że nie znajdę tam ani porządnej kawy, ani tym bardziej słodkich wypieków. Po krótkim namyśle wepchnęłam do ust garść żelków i pojechałam dalej.
Niedługo później ścieżka rowerowa połączyła się z główną drogą. Tam zaczęła się wspinaczka. Korba za korbą weszłam w rytm. Jadąc głównie na wyczucie trzymałam tempo, od czasu do czasu zerkając na moc. Gdzie niegdzie między drzewami pojawiały się pierwsze przebłyski gór — wciąż odległych, wciąż nieco nieśmiałych. Nagle dolina się otworzyła, las ustąpił miejsca polanie, po czym droga nagle się rozszerzyła. Wjechałam na szeroki na siedem pasów punkt poboru opłat.

Aż dotąd podjazd nie był szczególnie wymagający. Nachylenie narastało stopniowo, nie przekraczając 11%. Dodało mi to pewności siebie — mimo zmęczenia po wczorajszym dniu, nogi wciąż miały coś do zaoferowania. Przejechałam przez bramkę dla rowerzystów i rozpoczęłam właściwy podjazd, spokojnie wyprzedzając sporą grupę kolarzy. Od tego momentu nachylenie nie odpuszczało — wachało się między od 9 a 12%, ze średnią prawie 10% na całych 14,5 kilometra, aż do szczytu Edelweißspitze.
Jechałam cierpliwie. Droga robiła się coraz bardziej widowiskowa, z każdym zakrętem odsłaniając nowe widoki i szersze panoramy. Z każdym pokonanym metrem krajobraz stawał się coraz bardziej majestatyczny, coraz bardziej alpejski.

Wkrótce dotarłam do pierwszej serii serpentyn. Szeroka, zaprojektowana z myślą o samochodach i motocyklach droga wypłaszczała się na zakrętach, co pozwalało na kilka spokojniejszych obrotów korbą. Przy każdej zmianie kierunku zmieniała się też perspektywa, odsłaniając nowe widoki na górujące szczyty i głęboko osadzoną dolinę. Chłonęłam je całą sobą, pozwalając, by te pejzaże ciągnęły mnie w górę.
W pewnym momencie minęłam tablicę informacyjną przy drodze — apel o ochronę środowiska, zachęcający turystów do poruszania się wyłącznie wyznaczonymi szlakami. Były tam pszczoły i hasło mówiące, że „każdy metr kwadratowy zieleni to nasz dom.” Wzbudziło to we mnie pewien niesmak. Jedna z największych atrakcji turystycznych rejonu, ruchliwa droga przyciągająca setki tysięcy samochodów rocznie, zostawiających za sobą smugi spalin zatruwających dziewiczy alpejski krajobraz — skontrowana kilkoma łagodnymi tabliczkami z prośbą, by nie deptać kwiatków. Ugh.

Tymczasem ciągle zyskiwałam wysokość. Co jakiś czas przy drodze pojawiały się tablice z aktualną wysokością nad poziomem morza, co ułatwiało śledzenie wspinaczki. Mimo dobrego samopoczucia, zmęczenie zaczynało dawać o sobie znać. Jechałam lekko, bez szarżowania, ale w nogach czułam zarówno skutki kiepskiej nocy sprzed dwóch dni, jak i brutalnych nachyleń Zillertaler Höhenstraße, które wciąż odbijały się echem w mięśniach. Co prawda co chwila jadłam żelki, ale prawie 4000 spalonych kalorii nie da się tak po prostu uzupełnić przez jedną noc.
Im wyżej się wspinałam, tym rzadsze stawały się drzewa, aż w końcu ustąpiły miejsca niskim krzewom i alpejskim trawom. Przerzedzająca się roślinność odsłaniała niezakłócone widoki na otaczające mnie szczyty, które teraz wyrastały stromo i majestatycznie ze wszystkich stron. Po około 1000 metrach przewyższenia i blisko 80 minutach nieprzerwanej wspinaczki zsiadłam z roweru na krótką przerwę. Wzięłam głęboki oddech, składający się po części z rześkiego alpejskiego powietrza, a po części ze spalin. Popatrzyłam przez chwilę na góry, po czym znów wpięłam się w pedały i ruszyłam dalej.

Oczywiście, że piekły mnie nogi. Wiem, że z zewnątrz może to wyglądać inaczej. „Taka lekka, taka silna, wspina się z taką lekkością!” Ale to tylko pozory. Choć kocham podjazdy — wyzwanie, rytm, to uczucie wpadania we „flow” — rzadko kiedy jest łatwo. Walczę ze swoimi myślami, walczę z własnym ciałem. Mimo mojej niskiej wagi, grawitacja jest nieubłagana. I nawet przy przełożeniu 1:1, równy, nieustępliwy podjazd o nachyleniu 10% potrafi dać w kość — zwłaszcza kiedy twoje nogi nie tolerują niskiej kadencji.
Całą drogę mijałam innych rowerzystów, jak i sama byłam mijana. Większość z nich dała się łatwo podzielić na dwie grupy: sakwiarze i bikepackerzy albo szosowcy. Ci pierwsi kręcili powoli, leniwie, jakby delektowali się każdą sekundą swojej przygody. Szosowcy — bez względu na tempo — wyglądali, jakby byli pogrążeni we własnym cierpieniu.
A ja? Ja cieszyłam się każdą sekundą bólu, który sama sobie zadawałam.

Trochę powyżej 2000 metrów n.p.m. zniknęły ostatnie krzewy. Wokół drogi pozostały już tylko skały i kępy wyblakłej trawy. Jeszcze wyżej zaczęły pojawiać się płaty śniegu. W końcu dotarłam do przełęczy tuż pod Edelweißspitze. Zatrzymałam się, balansując na pedałach, przepuszczając sznur zjeżdżających samochodów, a potem skręciłam w lewo, w stronę szczytu.


Ten ostatni odcinek miał co prawda tylko niecałe 1,5 kilometra. Jednak brukowana droga o średnim nachyleniu niemal 12% pokazała pazur. W trakcie tego krótkiego odcinka odpoczywałam aż dwa razy. Aż w końcu, cztery godziny i prawie 60 kilometrów po tym, jak wyjechałam z pensjonatu w Mittersill, dotarłam na szczyt.
Moje nogi były zdewastowane.
Ale byłam z siebie dumna. Po zeszłorocznym, piekielnie trudnym początku na Colle delle Finestre i emocjonalnym podjeździe pod Col de la Madeleine, świadomie zmieniłam podejście do podjazdów — zwłaszcza podczas wypraw. Nauczyłam się jechać lżej, bez poczucia winy pozwalać sobie na przerwy w trakcie wspinaczki. Teraz już wiem, że odpoczynek w połowie podjazdu to nie słabość ani hańba.
Mimo to, na ostatnim kilometrze byłam przekonana, że moje nogi dosłownie eksplodują.

I wtedy, jakby w odpowiedzi na moje potrzeby, zauważyłam restaurację, na dodatek serwującą makaron! Zamówiłam talerz bolognese, ogromną szklankę zimnej wody gazowanej z syropem z porzeczki i uzupełniłam bidony. Głodna mimo wszystkich zjedzonych żelków, pochłonęłam posiłek, delektując się każdym kęsem, by chwilę później pozpocząć zjazd.


Na wyboistym bruku wyprzedziłam kilka samochodów, po czym pognałam w stronę tunelu Hochtor. Lecz przed nim czekał mnie jeszcze jeden mały podjazd. Wciśnięty w jar i osłonięty przed słońcem, okazał się prawdziwą niespodzianką: po boku drogi piętrzyły się resztki śnieżnych ścian. Topniejący śnieg sprawiał, że asfalt był mokry, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Zanotowałam wtedy w myślach: muszę wrócić w wysokie Alpy pod koniec maja albo na początku czerwca doświadczyć jazdy wśród prawdziwych, dwumetrowych zasp. Stelvio, może?

Jadąc slalomem dotarłam do tunelu Hochtor. Ostatnie spojrzenie za siebie, na widoki, które zostawiałam za plecami — i wjechałam w tunel, będący niejako zmieniaczem światów. Zaledwie 300 metrów później wyjechałam po drugiej stronie grani, z widokiem na zupełnie inny krajobraz niż przed chwilą. Tu zaczynał się też zjazd. Złożyłam się nad kierownicą i pomknęłam w dół.

Niestety, moja radość nie trwała długo. Wkrótce dogoniłam samochód kempingowy. Przy dużej ilości zakrętów i dużym ruchu nie miałam żadnych szans na bezpieczne wyprzedzenie. Odpuściłam więc i przeszłam w tryb „podziwiaj widoki”. Pomału toczyłam się w dół, stale hamując i zygzakując, przełamując monotonię. W głowie toczyłam walkę: jechać na Kaiser-Franz-Josefs-Höhe, czy odpuścić i zjechać w dolinę. Nogi miałam jak z betonu.
Ale gdy dotarłam do ronda, skręciłam w górę. Nie wiedziałam, kiedy — ani czy w ogóle — jeszcze tu wrócę, a wiedziałam, że będę sobie pluła w brodę, jeśli przepuszczę okazję, żeby zobaczyć Großglocknera z bliska. Poza tym, oznaczało to uniknięcie jazdy w korku za ślimaczącym się kamperem. „Ostatni duży podjazd na dziś” — przypomniałam sobie, po czym zrzuciłam kilka przełożeń i znów wkręciłam się w równy rytm.

Jakkolwiek podjazd na Edelweißspitze był bardzo ruchliwy, tak samochody i motocykle trzymały się raczej rozsądnych prędkości i mijały mnie w bezpiecznej odległości. Tu jednak trafiłam na coś, co wyglądało na zlot aut wyścigowych. Mieszanka nowoczesnych supersamochodów i sportowych "klasyków" pruła pod górę, tnąc zakręty na ślepo, niemalże kompletnie ignorując otaczający ich ruch. Było to przerażające i skrajnie niebezpieczne.
Mimo wszystko, powoli ale konsekwentnie zbliżałam się do ostagniego wystromienia. Do tego momentu podjazd nie był szczególnie trudny i nie sprawiał mi większych problemów. Ale gdy dojechałam do galerii prowadzącej na sam punkt widokowy, linia na moim Wahoo zrobiła się ciemnoczerwona. Stromo. Naprawdę stromo. Na szczęście nie było daleko. Co chwilę wstawałam na kilka obrotów korbą, by po chwili znów siadać w siodle, i tak na zmianę aż do samej góry.
Na tarasie widokowym zrobiłam kilka szybkich zdjęć, lecz przytłaczający tłum i wizja wieczornego deszczu nie zachęciły mnie do dłuższego odpoczynku. Wpięłam się w pedały i ruszyłam w dół.

Tym razem zjazd był pierwszorzędny. Przede mną jechało tylko kilka motocykli, więc mogłam naprawdę się rozpędzić. Wykorzystując każdy centymetr pasa, czytając zakręty, czułam, jak prędkość rośnie z każdym łukiem. W górnej części zjazdu udało mi się trzymać koło wspomnianych motocykli. Jednak na rondzie oni skręcili w lewo, w górę na Hochtor. Ja pojechałam w prawo, w stronę Winklern. Tam zjazd zrobił się jeszcze bardziej miodny. Szeroki, gładki asfalt i długie, płynne zakręty. Jeden z najlepszych zjazdów od bardzo dawna. Czysta przyjemność.


Nie zjechałam jednak na samo dno doliny. Przy pierwszej okazji odbiłam w boczną drogę, która łagodnie opadała wzdłuż zbocza doliny, z dala od hałasu i ruchu głównej trasy. Droga była wąska, asfalt popękany i połatany, co znacznie spowalniało jazdę, ale spokój i cisza otoczenia w pełni wynagradzały utratę prędkości. Zjazd do doliny był bardzo techniczny: ciasne agrafki, nierówna nawierzchnia, stale zmieniająca się linia zjazdu. Wymagało to ode mnie pełnego skupienia, potęgując przyjemność z jazdy.
Po kilku kolejnych kilometrach kręcenia przez pola i jednym niewielkim podjeździe dotarłam do Winklern. Stąd miałam dwa wyjścia: albo wspiąć się na małą przełęcz i zjechać do Lienz, gdzie mogłam wsiąść w pociąg do Spittal an der Drau, albo pokonać jeszcze ponad 60 kilometrów doliną.


Była 15:00. Najbliższy sklep znajdował się w Obervellach, mniej więcej w połowie drogi. Następny dzień to niedziela. Według Google Maps na mojej trasie nie było żadnego otwartego w niedzielę sklepu, musiałam więc za wczasu zaopatrzyć się we wszystko: śniadanie, kolację i przekąski na kolejny dzień jazdy.
Do zamknięcia sklepu zostały dwie godziny. Dzień był długi, a ostatnie płaskie kilometry przez dolinę napawały mnie optymizmem i obietnicą żwawego tempa. Zdecydowałam: jadę.
Niestety, to było złudne uczucie. Gdy tylko zjechałam w dolinę, czekała na mnie przykra niespodzianka. Dostałam wiatrem prosto w twarz. Mniej więcej w tym samym czasie zaczęłam też odczuwać coś zupełnie innego i niespodziewanego: ostre, kwaśne pieczenie głęboko w żołądku.
Co się stało, zapytacie? Przez większość dnia jadłam kwaśne żelki. Do tego sos boloński na kwaskowym sosie pomidorowym i wielka szklanka syropu z porzeczki. Zakwasiłam sobie żołądek. Stworzyłam idealną burzę, która teraz dawała o sobie znać — głośno i wyraźnie.
Nie byłam w stanie nic zjeść. Z trudem wciskałam w siebie słodkie żelki, które jakimś cudem zostawały w żołądku. W tych warunkach bomba była nieunikniona. Moc znacznie mi spadła, prędkość również, a razem z nimi — motywacja. Po wielu godzinach w siodle zaczęły boleć mnie plecy. Wraz z utratą wysokości rosła temperatura. Ponieważ dawno nie mijałam fontanny z pitną wodą szybko zrozumiałam, że będę musiała ją racjonować, żeby w ogóle dotrzeć do sklepu.

Byłam bliska płaczu. Wciąż widziałam krajobraz, ale tak naprawdę już go nie dostrzegałam. Rejestrowałam jego piękno, ale nie miałam już mocy obliczeniowej, żeby je docenić. Nie miałam siły zawracać sobie głowy "oficjalnymi" trasami rowerowymi — tymi, które wiły się przez wioski i ocierały o skraj lasu. Trzymałam się głównej drogi. Była najkrótsza i najbardziej płaska, prowadziła wprost przez dolinę. Oznaczało to jednak pełną ekspozycję: żadnego cienia, tylko gorący asfalt oddający z powrotem żar słońca. Ale jeśli taka była cena za dotarcie szybciej — trudno.
Ciągle majstrowałam przy liczniku, przewijając ekrany z danymi, jakby ciągłe sprawdzanie pozostałego dystansu i przewyższenia miało nagle sprawić, że będzie łatwiej. W którymś momencie musiałam się zatrzymać, żeby ponownie nałożyć krem do "do dupy". Czułam, że lada chwila pojawią się otarcia. Dodatkowo czułam, jak wkrada się odwodnienie.

Przejechanie tych 30 kilometrów wydawało się wiecznością, lecz w końcu dotarłam do Sparu w Obervillach. Kupiłam jedzenie na następny dzień, kilka napojów i mleczny, wysokobiałkowy shake. Miałam nadzieję, że białko uspokoi kwasowy chaos, który wciąż kotłował się w moim żołądku. Mimo że kocham upał, wyjście z klimatyzowanego sklepu było jak uderzenie w ścianę — ukrop był tak agresywny. Wypiłam shake’a, uzupełniłam bidony wodą i sokiem, a resztę zakupów rozdzieliłam między podsiodłówkę a musetkę. Po krótkim odpoczynku w cieniu ruszyłam w drogę — ostatnie 30km tego dnia.

Track prowadził mnie wzdłuż głównej drogi w kierunku Spittal an der Drau. Większość tej trasy to łagodny zjazd, przerywany kilkoma krótkimi podjazdami. Po około 15 kilometrach ścieżka rowerowa łączyła się z jezdnią. Resztę trasy musiałam jechać ruchliwą krajówką. Natężenie ruchu było duże, lecz kierowcy byli uprzejmi i wyprzedzali mnie w naprawdę komfortowych odległościach. Byłam im za to bardzo wdzięczna. Nie byłam jednak wdzięczna mojej musetce, która ciągle się przesuwała i zamiast leżeć mi na plecach, próbowała zawisnąć przed moim brzuchem. Była na tyle ciężka, że nieustannie się przemieszczała, a noszenie jej jako plecak spowodowałoby otarcia z tyłu szyi. Musiałam ją poprawiać co kilka minut, starając się nie stracić przy tym zmysłów.
W końcu dojechałam do Spittal an der Drau. Przejeżdżając przez centrum w stronę hostelu, poczułam niesamowity zapach pizzy. „Dam wszystko za pizzę!”, pomyślałam. Ale byłam też całkowicie wyczerpana. Miałam jeden cel: dotrzeć do hostelu. Jeszcze kilka zakrętów i byłam na miejscu — hostel schowany wśród kompleksu sportowym na obrzeżach miasta. I jakby za cudownym zrządzeniem losu, tuż naprzeciwko była pizzeria, prowadzona przez tę samą osobę, która zarządzała hostelem.
Teraz, gdy byłam bezpieczna u celu, pozwoliłam sobie odwlec zameldowanie. Wygłodniała, ruszyłam do restauracji. Zamówiłam pizzę z salami, colę i piwo bezalkoholowe, chcąc uzupełnić cukier, sód i zadbać o nawodnienie. Kiedy pizza przyszła, parująca i gorąca, odczekałam chwilę, a potem zanurzyłam w niej zęby.
Lecz z każdym kęsem stawało się jasne: byłam w gorszym stanie niż myślałam. Kwaśny koktajl w żołądku zniszczył mnie do końca. Ledwo wcisnęłam w siebie jeden kawałek. Resztę musiałam wziąć na wynos. Mój żołądek całkowicie odmówił współpracy z jedzeniem.
Hostel był prawie pusty. Miałam sześcioosobowy pokój tylko dla siebie. Po szybkim prysznicu w jednej z najdziwniejszych łazienek, jakie kiedykolwiek widziałam — prysznice nie miały żadnej zasłonki czy przegrody między sobą — zwaliłam się fotel. Udało mi się przełknąć jeszcze jeden zimny kawałek pizzy. Popchnęłam go kolejnym bezalkoholowym piwem i garścią słodyczy, po czym wpełzłam do łóżka. W połowie głodna, z wciąż niestabilnym żołądkiem, nogami niemal drżącymi ze zmęczenia, zamknęłam oczy i zasnęłam jak kamień.
Ciąg dalszy nastąpi...
Strava - Day 1 - Zillertaler Höhenstraße, Gerlospass
Strava - Day 2 - Edelweißspitze, Hochtor, Kaiser-Franz-Joseph-Höhe